top of page

Dom w Górkach Wielkich, który przepełnił smutek

Zaktualizowano: 21 lut

Jesień 1910 roku dotknęła mieszkańców domu numer 92 w Górkach Wielkich wyjątkowo tragicznie. W mgnieniu oka radość w życiu rodzin Latzel i Gawlas zastąpił smutek i rozpacz.


Dom w Górkach Wielkich numer 92 (róg obecnych ulic Zofii Kossak i Skoczowskiej. Budynek został rozebrany około 2000 roku).

Była środa, 26 października 1910 roku. Pierwszy śnieg pokrywał pola, a słońce górowało nad okolicą dając nadzieję, że znów kiedyś przyjdzie wiosna. Wiatr nie był praktycznie odczuwalny. Było cicho i spokojnie. Gdzieniegdzie widać było zniesmaczonych gospodarzy, pokazujących wyrazem twarzy, że pierwsze opady śniegu przyszły zdecydowanie za wcześnie.


W domu numer 92, stojącym w Gross-Gurek (pl. Górki Wielkie) tuż przy granicy z wioską Pogorsch (pl. Pogórze) nikt ze sobą nie rozmawiał, choć wypełniony był ludźmi. 61-letni Adam Gawlas siedział przy piecu, dorzucając do ognia kolejny kawałek drewna. Pociągał od czasu do czasu nosem, jednak na tyle cicho, by pozostali tego nie zauważyli. Przy dużym garnku stała jego żona, Ewa. Gotowała żółtą kaszę, powtarzając przy tym bezwiednie, że ta jest najzdrowsza. W między czasie ocierała kolejne nieproszone na policzku łzy.


W drugiej izbie, na wyścielonej kocem ławie, siedział 66-letni Gotthard Latzel, trzymając na kolanach swoją 4-letnią wnuczkę, Marię Helenę Latzel. Rok starsza od niej Paulina Latzel, bawiła się szmacianą lalką na podłodze. Tylko dziewczynki się odzywały.

- Dlaczego wciąż nie wracamy do domu? Już mi się nudzi u dziadka Adama i babuni Ewy. Chcę się pobawić na zewnątrz, a tata znów zabronił wychodzić. Dlaczego nasz braciszek ciągle tylko śpi? Chciałabym go utulić. I chciałabym pobawić się z mamusią. Wracajmy, proszę! Dziadku, zrób coś... – domagała się młodsza z rodzeństwa, szukając w Gotthardzie sprzymierzeńca. Stary Latzel westchnął i spojrzał na syna, czuwającego przy łóżku, w którym leżała jego żona.

Franz Latzel na portrecie z 1910 roku.

- Wszystko ci trzeba wyjaśniać – odpowiedziała 5-letnia Paulina. – Karl jest chory. Nie możemy się z nim bawić, bo musi dużo spać. Mama też jest chora, a ty jesteś za mała, żeby to zrozumieć.

- Dziadku, nie jestem za mała, prawda? – szukała ratunku. Czuła się niesprawiedliwie potraktowana przez starszą siostrę.

- Ubierzcie się ciepło i możecie iść na zewnątrz – odezwał się w końcu ich ojciec, chcąc zapewnić żonie więcej spokoju.


Dziewczynki nie potrzebowały ponownej zachęty. Nałożyły okrycia, czapki i rękawiczki, po czym przeskakując przez wysoki próg, wybiegły przed dom. Od razu porwały do zabawy naprawiającego nieopodal płot wujka, 19-letniego Franciszka Gawlasa. Wyciągnęły zza chaty drewniane sanki, które zeszłej zimy kupił im w Teschen (pl. Cieszyn) dziadek Gotthard, po czym nakazały wujkowi ciągnąć je, mimo że warstwa śniegu była świeża i nieprzekraczająca grubości jednego palca. Wesoły śmiech dziewczynek słychać było wokół chaty opatrzonej numerem 92.

Maria Latzel (zd. Gawlas) na portrecie z 1910 roku.

Maria zaczęła się nieporadnie podnosić, chcąc zwilżyć gardło ciepłą wodą. Franz od razu jej pomógł i pocałował słabą dłoń. Bez słowa sięgnął po metalowy garnuszek stojący na stoliczku obok i zbliżył do jej ust. Ta zaczęła pić, chociaż kaszel skutecznie to utrudniał.

- Jak się czuje Karliczek? – zapytała słabym i zmęczonym głosem.

- Śpi w kuchni, obok pieca. Twoja mama ma na niego oko – niemal żołniersko zrelacjonował Franz. – Napij się jeszcze. Za chwilę podam ci żółtej kaszy ze skwarkami. Wzmocnisz się.


Wciąż siedzący na wyścielonej kocem ławie Gotthard, patrzył ze wzruszeniem na swojego syna. Widział, ile troski okazuje on swojej chorej żonie. Przybyli do Gross-Gurek (pl. Górki Wielkie) przed dwoma tygodniami, kiedy zachorował najpierw 8-miesięczny Karl, a niedługo później także Maria. Od ponad roku mieszkali w Kuntschitz bei Ostrau (pl. Kończyce koło Ostrawy), gdzie Franz zaciągnął się do pracy na kopalni. Pochodzili jednak z miasta Teschen (pl. Cieszyn), gdzie Gotthard aż do emerytury pracował w Fabryce Mebli Kohna. Na czasową przeprowadzkę do domu Gawlasów, zdecydowali się by Adam i Ewa, rodzice Marii, mogli pomóc w opiece nad dziewczynkami.

- Jaki dzisiaj mamy dzień? – zapytała Maria, przechylając do końca metalowy garnuszek z ciepłą wodą.

- Środa. 26 października. Wciąż jesteśmy u Twoich rodziców – starał się tłumaczyć na wypadek, gdyby przez chorobę miała dziury w pamięci.

- Moje trzydzieste trzecie urodziny – uśmiechnęła się, po czym znów zaczęła kaszleć. Mąż podał jej chustę. Z przerażeniem spostrzegli, że pojawiły się na niej ślady krwi.


Nagle do izby wbiegła Ewa Gawlas, matka Marii. Jej nadgryziony zębem czasu fartuch zwisał z jednej strony, tak jakby chwilę wcześniej przegrał walkę z czymś o co zahaczył. Franz i Gotthard pośpiesznie wstali, widząc w oczach kobiety strach.

- Karliczkowi isto sie cosi robi! – krzyknęła używając powszechnej w tych stronach odmiany języka śląskiego.


Franz natychmiast pobiegł do kuchni, gdzie w wystruganej kołysce leżał jego 8-miesięczny syn. Wyciągnął chłopczyka, po czym z przerażeniem spostrzegł, że mały brzuszek niemowlęcia jest potwornie wydęty i fioletowy. Przerażony szukał pomocy w oczach ojca, który przybiegł tuż za nim.

- Bring es zu Maria (pl. Zanieś go do Marii) – nakazał synowi Gotthard. – Rufen Sie Paulina und Maria an (pl. Zawołajcie Paulinę i Marię) – dodał zwracając się do swoich swatów.


Po chwili wszyscy byli już w głównej izbie. Płaczący Karl tulił główkę do piersi Marii. Obok siedział Franz, trzymając żonę za dłoń. Gotthard wziął Paulinę na ręce, a zapłakana Ewa tuliła do siebie małą Marię Helenę. Adam i jego 19-letni syn Franciszek stali blisko drzwi. Nikt nie wiedział co powiedzieć, ani co robić.


Stary Latzel po chwili podszedł do łóżka. Nachylił się i pocałował chłopca w główkę. W ślad za nim, jego wnuczka zrobiła to samo. Karl przestał płakać. Wydał ostatnie tchnienie, a jego serduszko przestało bić. Leżał wtulony w drżące ciało matki. Maria wybuchła niepohamowanym płaczem. Nie mogła pogodzić się z tym, że go straciła.

Dworzec Kolejowy w Skoczowie na początku XX wieku (źródło: kolejcieszyn.pl)

Wtorek, 6 grudnia 1910 roku.

Franz Latzel wysiadł z pociągu na stacji „Skotschau”. Przywitał go piękny zapach wydobywający się z dworcowej restauracji. Wracał z pracy na kopalni zlokalizowanej w mieście Polnische Ostrau (pl. Polska Ostrawa). Od śmierci jego synka minęło niecałe sześć tygodniu i zmuszony był wrócić do swoich obowiązków, by utrzymać rodzinę. Jego teściowie i ojciec pomagali w opiece nad dziewczynkami, co bardzo go odciążyło. Maria wciąż chorowała i nie wychodziła z łóżka. Była wykończona atakami kaszlu, które za dnia i w nocy nie pozwalały jej zmrużyć oka. Nie zatrzymywał się, by nacieszyć zmysły. Zaczynało się ściemniać, a przed nim była 4 kilometrowa wędrówka.

Piechotą z dworca do ich tymczasowego lokum w drewnianej chacie numer 92 w Gross-Gurek (pl. Górki Wielkie) było jakieś 50 minut. Podróż utrudniona była przez udeptany śliski śnieg, jednak po 10,5 godzinnym dniu pracy, był to najmniejszy problem. Szedł szybko, chcąc zobaczyć się z żoną i córeczkami. Tęsknił za nimi.


Będąc już w pobliżu, zauważył swojego ojca, Gottharda, palącego fajkę i wpatrującego się w stronę płynącej nieopodal Brennicy. Wyglądał źle. Miał podkrążone oczy. Próbował coś wymamrotać, ale nie udało mu się. Młody Latzel nie odezwał się ani słowem, tylko pognał do izby. W środku, przy piecu siedział stary Gawlas. Kiedy tylko Franz wszedł, ten schylił głowę, by uniknąć wzroku zięcia. Wewnątrz było cicho, nikt nic nie mówił. Nawet nie było słychać odgłosów zabawy dziewczynek. Latzelowi zaschło w gardle. Otworzył powoli drzwi do drugiej izby. Całe jego ciało przeszły dreszcze. Zrobiło mu się ciemno przed oczami i tylko dzięki szybkiemu wsparciu jego szwagra, Franciszka, nie upadł na podłogę.


Na ławie pod oknem siedziała zapłakana Ewa, trzymając na kolanach obie wnuczki. Franz podszedł bliżej łóżka, na którym leżała jego żona. Twarz Marii wyglądała na spokojną, a usta lekko uśmiechnięte. Ubrana była w piękną cieszyńską suknię i czepiec, którym zdobiły się mężatki. Wyglądała dokładnie tak samo jak w dniu ich ślubu, przed sześcioma laty. Latzel dotknął delikatnie jej policzków. Uronił łzę, chociaż chciało mu się płakać jak dziecku.

- Umrziła w połedni. Pochowiymy jóm z Karliczkym – wydusiła z siebie Ewa.

Cmentarz w Górkach Wielkich, na którym pochowano Karla i Marię Latzel (źródło: fotopolska.eu)

Franz usiadł na łóżku obok ciała żony. Nie odezwał się ani słowem. Po policzku pociekła mu kolejna łza. Siedział tak wpatrzony w Marię, aż nagle poczuł na plecach ciepło malutkich rączek. Odwrócił się. Jego córeczki, 5-letnia Paulina i 4-letnia Maria Helena patrzyły wystraszonym wzrokiem. Nie rozumiały co się dzieje. Latzel uklęknął na twardej podłodze.

- Zaopiekuję się Wami, przysięgam - powiedział, po czym zalewając się łzami, wziął je w objęcia.



Wpis do Księgi Parafialnej w Górkach Wielkich dotyczący śmierci 8-miesięcznego Karla Latzela.

Wpis do Księgi Parafialnej w Górkach Wielkich dotyczący śmierci 33-letniej Marii Latzel (zd. Gawlas)

Autor: Jonasz Milewski


Czy podobał Ci się ten artykuł? Polub, zostaw komentarz i udostępnij. Z góry dziękuję!

298 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Comments


bottom of page